Ludzie SMS-u w akcji: ORLEN Zastal Zielona Góra pierwszym półfinalistą, przełamanie Filipa Matczaka
ORLEN Zastal Zielona Góra został pierwszym półfinalistą tegorocznych play-off ORLEN Basket Ligi. Zielonogórzanie pokonali King Szczecin w serii 3:1, a w decydującym czwartym spotkaniu z bardzo dobrej strony pokazał się Filip Matczak, który zanotował 8 punktów, 3 zbiórki oraz 2 asysty. Awans podopiecznych Arkadiusza Miłoszewskiego należy uznać za jedną z największych pozytywnych niespodzianek obecnego sezonu, szczególnie że jeszcze niedawno zespół musiał walczyć o udział w fazie play-off poprzez turniej play-in.
Tomasz Gielo, King Szczecin, w SMS w sezonie 2010/2011
Co prawda wszyscy kontuzjowani zawodnicy, w tym Tomasz Gielo, wrócili już do rotacji Kinga Szczecin, to zespół prowadzony przez Macieja Majcherka od początku trzeciego spotkania ćwierćfinałowego musiał gonić wynik. W najbardziej krytycznym momencie strata Szczecinian wynosiła aż 17 punktów przy stanie 55:38 dla Orlen Zastalu Zielona Góra. O dominacji gospodarzy świadczy również fakt, że prowadzili oni przez 33 minuty i 12 sekund, podczas gdy King był na prowadzeniu jedynie przez 5 minut i 54 sekundy.
Tomasz Gielo spędził na parkiecie 26 minut i 43 sekundy. W tym czasie zanotował 8 punktów, 2 zbiórki, 1 asystę, 1 stratę oraz trafił jeden rzut za trzy punkty. Tym samym po trzech meczach faworyzowana drużyna ze Szczecina znalazła się o krok od odpadnięcia z rozgrywek, przegrywając w serii 1:2 i nie mając już żadnego marginesu błędu. Wówczas kapitan zespołu Tomasz Gielo zapowiedział, że jego drużyna przystąpi do kolejnego spotkania z nową energią i będzie niebezpieczna niczym zranione zwierzę. King Szczecin nie miał już nic do stracenia w meczu numer cztery ćwierćfinałowej serii z ORLEN Zastalem Zielona Góra. Choć to gospodarze lepiej weszli w spotkanie, podopieczni Macieja Majcherka przez długi czas trzymali się w grze. W kluczowych momentach popełnili jednak serię strat, po których rywale wyprowadzali skuteczne kontrataki. Z każdą kolejną minutą goście musieli mierzyć się także z upływającym czasem i mieli coraz mniej argumentów, by odwrócić losy rywalizacji.
Ostatecznie King Szczecin przegrał na wyjeździe z ORLEN Zastalem Zielona Góra 80:86, a całą serię 1:3, kończąc udział w fazie play-off już na etapie ćwierćfinału. Taki wynik należy uznać za rozczarowanie, biorąc pod uwagę fakt, że Szczecinianie do samego końca walczyli o zwycięstwo w rundzie zasadniczej, którą ostatecznie zakończyli na drugim miejscu, przystępując do play-off z pozycji jednej z najwyżej rozstawionych drużyn.
Tomasz Gielo robił co mógł, by utrzymać swój zespół w grze. Były zawodnik SMS PZKosz Władysławowo był bardzo dobrze dysponowany w rzutach zza łuku. W meczu numer cztery zanotował 16 punktów, 2 zbiórki, asystę, przechwyt oraz stratę. Trafił także 4 z 5 rzutów za 3 punkty, a na parkiecie spędził 32 minuty i 5 sekund. W całym sezonie ORLEN Basket Ligi skrzydłowy Kinga Szczecin notował średnio 12,6 punktu, 5,6 zbiórki oraz 1,4 asysty na mecz. Był on drugim strzelcem zespołu.
Filip Matczak, ORLEN Zastal Zielona Góra, w SMS w sezonie 2010/2011
Zielonogórzanie po tym, jak udało im się wygrać jedno spotkanie w Szczecinie, przystąpili do kolejnego starcia w bardzo dobrych nastrojach i z dobrej pozycji wyjściowej. Pokazali, że na własnym parkiecie są niezwykle groźni i od początku narzucili swoje warunki gry w meczu numer trzy. Podopieczni trenera Arkadiusza Miłoszewskiego konsekwentnie budowali przewagę, która w pewnym momencie urosła do 17 punktów, a końcowe zwycięstwo nie było już zagrożone. Ostatecznie Zielonogórzanie odnieśli jakże cenne i pewne zwycięstwo 84:70.
Filip Matczak spędził na parkiecie 10 minut i 16 sekund. W tym czasie zanotował 1 punkt, 1 zbiórkę oraz 1 asystę.
Dzięki temu drużyna z Winnego Grodu była wówczas już tylko o jedno zwycięstwo od sensacyjnego awansu do półfinału. Sukces ten należy docenić tym bardziej, że warto przypomnieć, iż zespół z Zielonej Góry musiał walczyć o udział w play-offach poprzez fazę play-in, a mimo to konsekwentnie sprawia kolejne niespodzianki, mając apetyt na więcej. Trzeba również dodać, że Zielonogórzanie umiejętnie wykorzystują problemy kadrowe rywali, co jednak w żaden sposób nie umniejsza ich bardzo dobrej postawy w fazie play-off. ORLEN Zastal Zielona Góra mógł zamknąć ćwierćfinałową serię już w spotkaniu numer cztery i ze swojego zadania wywiązał się w stu procentach. Choć mecz był niezwykle wyrównany, w kluczowych momentach gospodarze świetnie zagrali w obronie. Kilka ważnych przechwytów pozwoliło im wyprowadzić skuteczne kontrataki i zbudować bezpieczną przewagę, której nie oddali już do końca.
Ostatecznie Zielonogórzanie pokonali King Szczecin 86:80, wygrywając całą serię 3:1 i awansując do półfinału ORLEN Basket Ligi. Jest to ogromny sukces drużyny, która jeszcze niedawno musiała walczyć o awans do fazy play-off poprzez turniej play-in, a teraz znalazła się w gronie czterech najlepszych zespołów sezonu. Jej kolejnym rywalem będzie AMW Arka Gdynia, która w pięciu spotkaniach pokonała WKS Śląsk Wrocław.
Filip Matczak wyraźnie się przełamał. Były zawodnik SMS PZKosz Władysławowo odegrał ważną rolę w rotacji zespołu z Zielonej Góry. W meczu numer cztery spędził na parkiecie 10 minut i 7 sekund, notując 8 punktów, 2 asysty oraz przechwyt. Trafił także 2 z 3 rzutów za 3 punkty, pokazując dużą pewność siebie w ofensywie. Warto podkreślić, że jeszcze dwa wcześniejsze mecze tej serii kończył odpowiednio z dorobkiem 1 oraz 0 punktów, dlatego jego występ w spotkaniu zamykającym rywalizację można uznać za wyraźne przełamanie.
Jakub Garbacz, AMW Arka Gdynia, w SMS w sezonie 2012/2013
AMW Arka Gdynia przyjechała do domu z bagażem dwóch porażek i nie miała już żadnego marginesu błędu. W meczu numer trzy Gdynianie od początku nadawali ton wydarzeniom boiskowym. Jakub Garbacz początkowo nie mógł się wstrzelić, ale kiedy już zaczął trafiać do kosza, robił to seriami. Gospodarze kontrolowali przebieg spotkania i zasłużenie wygrali 86:75, przedłużając rywalizację co najmniej do czwartego meczu serii.
Spora w tym zasługa obwodowego, który po ostatnim słabszym spotkaniu wyraźnie się odbudował. Jakub Garbacz spędził na parkiecie 27 minut i 28 sekund. W tym czasie zanotował 11 punktów, 5 zbiórek oraz 1 asystę. Niesamowita dramaturgia towarzyszyła meczowi numer cztery pomiędzy AMW Arką Gdynia a WKS Śląskiem Wrocław. Początek spotkania kompletnie nie zapowiadał tak epickiego widowiska. Gdynianie mieli ogromne problemy ze skutecznością. Zdarzały im się nawet niecelne rzuty spod samego kosza oraz pudła w prostych sytuacjach. W efekcie w najgorszym dla siebie momencie przegrywali już różnicą 15 punktów. Do przerwy nie trafili ani jednego rzutu za 3 punkty.
Po raz kolejny jednak się nie poddali. Podopieczni Mantasa Česnauskisa sukcesywnie odrabiali straty i mogli rozstrzygnąć losy spotkania już w regulaminowym czasie gry. Mieli jednak problemy z zastawieniem własnej tablicy, dając rywalom szanse na punkty z ponowienia. Ostatecznie doszło więc do dogrywki.
W dodatkowych pięciu minutach prowadzenie przechodziło z rąk do rąk. Kluczową akcję spotkania wygrał jeden na jednego Milan Barbitch, zdobywając dwa punkty rzutem z przetrzymania. Goście mieli jeszcze półtorej sekundy na rozegranie ostatniej akcji. Co prawda rzut za trzy punkty autorstwa powracającego do składu Angela Núñeza wpadł do kosza, ale został oddany już po czasie. Tym samym AMW Arka Gdynia wygrała spotkanie 86:84 i wyrównała stan ćwierćfinałowej serii na 2:2. Jakub Garbacz nie był tym razem pierwszoplanową postacią AMW Arki Gdynia, ale dołożył swoją cegiełkę do zwycięstwa. Były zawodnik SMS PZKosz Władysławowo spędził na parkiecie 22 minuty i 56 sekund, notując 5 punktów oraz 2 zbiórki. Decydujący mecz został rozegrany w sobotę we Wrocławiu. Piąte mecze rywalizacji play off zazwyczaj wiążą się z ogromnymi emocjami. Podobnie było we Wrocławiu, gdzie tamtejszy Śląsk podejmował AMW Arkę Gdynia. Do przerwy był to typowy mecz walki. Obie drużyny miały problem z trafieniem do kosza, a dodatkowo przytrafiały im się liczne straty. W efekcie w nieco lepszej sytuacji po dwóch kwartach byli Gdynianie, którzy prowadzili 37:34. Po zmianie stron przyjezdni sukcesywnie budowali swoją przewagę. Świetnie realizowali założenia taktyczne, wybili Śląskowi koszykówkę z głowy i zasłużenie wygrali to spotkanie 71:54, a całą serię 3:2. Parafrazując słynne siatkarskie powiedzenie, można powiedzieć, że kto nie wygrywa serii, prowadząc 2:0, ten przegrywa ją 2:3 i właśnie tak zakończyła się ta rywalizacja. Tym samym Gdynianie osiągnęli sukces, awansując do półfinału Orlen Basket Ligi, w którym jako drużyna wyżej rozstawiona zmierzą się z Orlenem Zastalem Zielona Góra. Dla obu ekip jest to powrót po kilku latach przerwy do walki o najwyższe cele.
Jakub Garbacz długo nie mógł się przełamać i znaleźć drogi do kosza. Pierwszą celną trójkę, a zarazem premierowe punkty w meczu, skrzydłowy zdobył dopiero pod koniec trzeciej kwarty, dając swojej drużynie najwyższe wówczas prowadzenie 48:39. Po chwili dorzucił kolejny celny rzut z dystansu, jeszcze bardziej powiększając przewagę swojej drużyny. Ostatecznie doświadczony skrzydłowy zakończył spotkanie z dorobkiem 9 punktów oraz 3 zbiórek. Spędził na parkiecie 20 minut i 50 sekund
Filip Kowalczyk, AMW Arka Gdynia, ostatni sezon w SMS 2023/2024
Wygrana AMW Arki Gdynia była również możliwa dzięki powrotowi do gry Milana Barbitcha. To w oczywisty sposób wpłynęło na sytuację Filipa Kowalczyka. Obwodowy pojawił się na parkiecie w dwóch fragmentach spotkania. Pierwszy raz zameldował się na boisku już po pięciu minutach gry. Wówczas szybko popełnił przewinienie. Kolejną szansę otrzymał dopiero w końcówce meczu, kiedy spotkanie było już praktycznie rozstrzygnięte.
Ostatecznie Filip Kowalczyk spędził na parkiecie 5 minut i 30 sekund. W tym czasie nie zdołał zapisać się w arkuszu statystycznym. W meczu numer cztery Filip Kowalczyk zaliczył krótki epizod, spędzając na boisku 26 sekund. Pojawił się na parkiecie głównie w celach obronnych i ponownie nie zdołał zapisać się w arkuszu statystycznym.
Szymon Zapała, Energa Trefl Sopot, ostatni sezon w SMS,2019/2020
Sopocianie pojechali do Warszawy podbudowani wygraną w meczu numer dwa. Wiedzieli jednak, że przed nimi bardzo trudne zadanie i przynajmniej tym razem nie sprostali wyzwaniu. W najgorszym momencie przegrywali nawet siedemnastoma punktami przy stanie 77:60 dla Dzików Warszawa. Do odrabiania strat ruszyli dopiero w ostatniej części gry. Musieli ścigać się z upływającym czasem, dlatego coraz częściej decydowali się na rzuty za trzy punkty. Choć końcówka zrobiła się gorąca i goście byli blisko powrotu do meczu, to przy kilkupunktowym prowadzeniu gospodarzy bardzo ważną trójkę trafił lider stołecznej drużyny, Landrius Horton. Po takim ciosie ekipa znad morza nie była już w stanie się podnieść i ostatecznie przegrała 78:85.
Choć Trefl wygrał walkę na tablicach 48:40, to Szymon Zapała ponownie nie może zaliczyć tego meczu do udanych. Środkowy spędził na parkiecie 22 minuty i 45 sekund. W tym czasie zdobył 4 punkty, zanotował 7 zbiórek oraz popełnił 2 straty. Miał jednak ogromne problemy ze skutecznością na linii rzutów wolnych, trafiając tylko 2 z 8 prób.
Taki wynik sprawił, że po trzech meczach w serii Dziki Warszawa prowadziły 2:1, a drużyna znad morza znalazła się o krok od zakończenia sezonu już na etapie ćwierćfinału. W przypadku zespołu o takich aspiracjach należy to uznać za spore rozczarowanie, nawet biorąc pod uwagę problemy kadrowe, z jakimi sopocka drużyna zmagała się na przestrzeni całego bieżącego sezonu. Trefl Sopot w najważniejszej części sezonu boleśnie przekonał się o tym, co oznacza stwierdzenie, że koszykówka to gra serii. Sopocianie, którzy nie mieli już nic do stracenia, świetnie rozpoczęli czwarte spotkanie z Dzikami Warszawa, wygrywając pierwszą kwartę aż 32:22. W najlepszym momencie prowadzili nawet siedemnastoma punktami, jednak po przerwie byli zespołem nie do poznania. Podopieczni Mikko Larkasa podejmowali fatalne decyzje w ataku, całkowicie stracili skuteczność i w całej drugiej połowie zdobyli zaledwie 20 punktów. W efekcie przegrali 73:88 i odpadli z play-off już na etapie ćwierćfinału, nie awansując do strefy medalowej po raz pierwszy od sezonu 2022/2023. Tym samym po raz kolejny spełniła się również „klątwa” zdobywcy Pucharu Polski, ponieważ triumfator tych rozgrywek nie zdołał później sięgnąć po mistrzostwo kraju. Szymon Zapała w ostatnim meczu sezonu spędził na parkiecie 15 minut i 53 sekundy, zdobywając 4 punkty. Środkowy Trefla zakończył rozgrywki ze średnimi na poziomie 6,6 punktu oraz 3,8 zbiórki na mecz w ORLEN Basket Lidze. Dla Szymona Zapały były to szczególne rozgrywki, ponieważ po latach wrócił do dawnego klubu i stopniowo budował swoją pozycję w rotacji sopockiego zespołu. Obecnie jest jedynym polskim zawodnikiem Trefla bez ważnej umowy na kolejny sezon.
Mikołaj Witliński, Energa Trefl Sopot, w SMS w sezonie 2013/2014
Zwykle nie opisujemy zawodników, którzy z powodu kontuzji nie wystąpili w danej serii. Tym razem warto jednak zrobić wyjątek. Być może rywalizacja z Dzikami Warszawa zakończyłaby się dla Sopocian inaczej, gdyby do dyspozycji był Mikołaj Witliński. Środkowy Trefla pod koniec sezonu zasadniczego doznał kontuzji mięśniowej, która – jak się później okazało – wykluczyła go z całej serii ćwierćfinałowej, a tym samym do końca sezonu. Swój ostatni mecz rozegrał w 27. kolejce przeciwko Arriva LOTTO Twardym Piernikom Toruń.
Brak Witlińskiego pod koszem był bardzo widoczny. Osamotniony Szymon Zapała nie był w stanie stworzyć odpowiedniego zagrożenia po obu stronach parkietu, a gra niskim ustawieniem powodowała, że Sopocianie mieli duże problemy z zastawieniem własnej tablicy. Mikołaj Witliński był w tym sezonie pierwszym centrem Trefla, co przełożyło się również na wyraźnie lepsze statystyki. Środkowy notował średnio 9,4 punktu, 4,5 zbiórki oraz spędzał na parkiecie ponad 22 minuty na mecz. Dla porównania, w poprzednim sezonie zdobywał średnio 5,2 punktu, 4,2 zbiórki i grał średnio 17 minut na spotkanie.
Pomimo nieudanego zakończenia sezonu, Witliński może patrzeć w przyszłość ze spokojem. Przed obecnymi rozgrywkami podpisał z Treflem kilkuletnią umowę i wszystko wskazuje na to, że nadal będzie ważną częścią sopockiego zespołu. Gdy tylko dopisuje mu zdrowie, pokazuje, że gwarantuje odpowiednią jakość, której być może zabrakło Treflowi w ćwierćfinałowej serii z Dzikami Warszawa.
Adrian Bogucki — MKS Dąbrowa Górnicza — SMS 2017/2018
MKS Dąbrowa Górnicza był w podobnej sytuacji jak AMW Arka Gdynia. Zespół prowadzony przez Artura Gronka przegrał dwa pierwsze mecze na wyjeździe i przed własną publicznością stanął przed szansą rehabilitacji w spotkaniu numer trzy. Podobnie jak Gdynianie, Dąbrowianie również z tej okazji skorzystali.
Mecz był niezwykle wyrównany. Choć gospodarze przez większą część spotkania gonili wynik, to w końcówce przewaga przechodziła z rąk do rąk. W ekipie Artura Gronka sprawy w swoje ręce wzięli polscy zawodnicy — Marcin Piechowicz oraz Jakub Musiał. Legia Warszawa mogła jeszcze doprowadzić do dogrywki, jednak drugi rzut wolny Dominica Brewtona III nie znalazł drogi do kosza. Tym samym gospodarze rzutem na taśmę wygrali 92:91, a ich ambicja i determinacja zostały nagrodzone kolejnym spotkaniem w serii.
Adrian Bogucki nie przebywał na parkiecie w kluczowych momentach meczu. Ostatecznie środkowy spędził na boisku 11 minut i 57 sekund. W tym czasie zanotował 6 punktów, 3 zbiórki oraz 1 stratę. Mecz numer cztery również został rozegrany w Dąbrowie Górniczej. Po tym, jak MKS Dąbrowa Górnicza rzutem na taśmę doprowadził do meczu numer cztery, wydawało się, że podopieczni Artura Gronka mogą pokusić się o kolejną niespodziankę. Biorąc jednak pod uwagę krótką rotację oraz wydłużającą się serię, Dąbrowianom zaczęło brakować energii. Było widać, że wcześniejsze spotkanie kosztowało zespół bardzo dużo sił. Pary starczyło jedynie na wyrównaną pierwszą połowę. Po zmianie stron Legia Warszawa konsekwentnie wypunktowała rywala, systematycznie powiększając przewagę i ostatecznie wygrała 98:86, zamykając serię 3:1.
Pomimo porażki Dąbrowianie mogą być zadowoleni ze swojej postawy, ponieważ postawili się wyżej notowanemu rywalowi, a sam awans do play-offów należy uznać za ogromny sukces. Warto pamiętać, że drużyna przebijała się do fazy play-off przez turniej play-in, a po przejęciu zespołu przez Artura Gronka nabrała nowego charakteru oraz stylu gry, charakterystycznego dla tego szkoleniowca. Zespół z Dąbrowy Górniczej oglądało się z dużą przyjemnością. Polski trener może już myśleć o przyszłości, ponieważ podpisał długoterminowy kontrakt z klubem i tym razem będzie odpowiedzialny za budowę autorskiego zespołu. Przypomnijmy, że na początku obecnych rozgrywek przejął drużynę po Krzysztofie Szablowskim. Adrian Bogucki w ostatnim meczu sezonu spędził na parkiecie 17 minut i 12 sekund. W tym czasie zanotował 6 punktów, 1 zbiórkę oraz 1 stratę. Środkowy zakończył rozgrywki ze średnimi na poziomie 8,2 punktu oraz 3,9 zbiórki na mecz w ORLEN Basket Lidze.
Dominik Olejniczak, Bertram Derthona Tortona, liga włoska, w SMS w sezonie 2014/2015
Sytuacja zespołu Dominika Olejniczaka w ćwierćfinale ligi włoskiej po pierwszym meczu była kiepska. W spotkaniu otwierającym serię Polak nie zaprezentował się najlepiej, a jego drużyna przegrała 78:75. W drugim meczu było jednak jeszcze gorzej. Wyżej notowany zespół z Wenecji ponownie wywiązał się z roli faworyta, pewnie wygrywając 87:75 i obejmując prowadzenie w serii 2:0.
Dominik Olejniczak ponownie zaliczył jedynie epizodyczny występ. Środkowy spędził na parkiecie zaledwie 13 minut. W tym czasie zdobył 3 punkty, zanotował 1 zbiórkę, 1 asystę oraz 1 stratę. Tym samym drużyna Polaka nie miała już żadnego marginesu błędu. Jeśli chciała pozostać w grze o awans do półfinału, musiała dwukrotnie wygrać przed własną publicznością. Drużyna Dominika Olejniczaka nie miała już nic do stracenia, ponieważ po dwóch pierwszych meczach w Wenecji przegrywała w serii 0:2. W spotkaniu numer trzy gospodarze wyszli jednak na parkiet z dużo lepszą energią, już w drugiej kwarcie uzyskując dwucyfrowe prowadzenie. Dużego udziału w tym fragmencie nie miał jednak polski środkowy, ponieważ bardzo szybko złapał trzy przewinienia i musiał usiąść na ławce rezerwowych.
Nie był to zresztą jego wieczór. Jeszcze przed przerwą na parkiecie doszło do spięcia dwóch zawodników. Dominik Olejniczak wbiegł na boisko, próbując rozdzielić awanturników, jednak został zdyskwalifikowany i nie dokończył spotkania. Koledzy Polaka musieli radzić sobie bez niego. Ostatecznie Bertram Derthona Tortona pokonała Reyer Venezia 82:71, zmniejszając straty w serii na 1:2. Środkowy, zanim został wyrzucony z boiska, spędził na parkiecie 5 minut, notując 2 punkty, 1 zbiórkę oraz 1 stratę. Mecz numer cztery odbył się w niedzielę 24 maja również w Tortonie. Był on okazją dla zespołu Polaka na doprowadzenie do remisu 2:2. Drużyna Dominika Olejniczaka poszła za ciosem. Ponownie zatrzymała rywali na zaledwie 71 zdobytych punktach, sama rzucając aż 89 oczek i odnosząc pewne zwycięstwo. Tym samym Tortona doprowadziła do remisu w serii 2:2. Zespół Polaka ma teraz przewagę psychologiczną, ponieważ wrócił do rywalizacji ze stanu 0:2 i do decydującego spotkania przystąpi już z dużą wiarą we własne możliwości. Piąty, rozstrzygający mecz zostanie rozegrany na parkiecie wyżej rozstawionej Venezii. Dominik Olejniczak ponownie pełnił rolę zadaniowca. Tym razem spędził na boisku 14 minut, notując 8 punktów oraz 4 zbiórki.
Rafał Komenda, SKS Fulimpex Starogard Gdański, w SMS w sezonie 2016/2017
Po tym, jak SKS Fulimpex Starogard Gdański przegrał u siebie pierwszy mecz rywalizacji o trzecie miejsce 94:102, do Stargardu jechał z trudną misją odrobienia ośmiu punktów straty. Warto pamiętać, że w rywalizacji o brązowy medal Bank Pekao S.A. 1 Ligi Mężczyzn obowiązuje system mecz i rewanż, a o końcowym triumfie decyduje bilans punktowy z obu spotkań. Fulimpex Starogard Gdański co prawda wygrał rewanż na wyjeździe z PGE Spójnią Stargard 79:78, jednak zwycięstwo różnicą jednego punktu nie pozwoliło odrobić strat z pierwszego spotkania. Tym samym Starogardzianie przegrali dwumecz i zakończyli sezon tuż za podium.
Solidny występ zanotował Rafał Komenda. Skrzydłowy spędził na parkiecie 16 minut i 55 sekund, zdobywając 6 punktów oraz dokładając 4 zbiórki i asystę. W całym sezonie rozegrał 38 spotkań, notując średnio 5,8 punktu oraz 3,7 zbiórki na mecz. Był to dla niego wyraźnie słabszy sezon pod względem zdobyczy punktowej niż poprzednie rozgrywki. Rok wcześniej w barwach HydroTrucku Radom notował średnio 8,2 punktu, a dwa sezony temu w AZS AGH Kraków zdobywał średnio 11,6 punktu na spotkanie.
Mimo ambitnej walki SKS Fulimpex Starogard Gdański zakończył sezon na najgorszym dla sportowców, czwartym miejscu. Podkoszowy pomimo słabszych dokonań indywidualnych w końcu dla odmiany nie musiał bić się o utrzymanie w rozgrywkach pierwszoligowych. Tym razem był częścią zespołu, który walczył o najwyższe pierwszoligowe cele, co z pewnością stanowi dla niego cenne doświadczenie.
Damian Jeszke, SKS Fulimpex Starogard Gdański, w SMS w sezonie 2013/2014
Damian Jeszke nie wystąpił w ostatnim meczu sezonu. Skrzydłowy SKS Fulimpex Starogard Gdański nie pojechał z zespołem do Stargardu, ponieważ wraz z partnerką oczekuje narodzin potomka. Z tego miejsca gratulujemy Damianowi powiększenia rodziny.
W sezonie 2025/2026 Damian Jeszke rozegrał 35 spotkań, spędzając na parkiecie średnio 27 minut i 1 sekundę. Notował przeciętnie 10,8 punktu, 4,7 zbiórki oraz 1,7 asysty na mecz, trafiając 57% rzutów za dwa, 32,2% za trzy i 82% z linii rzutów wolnych.
Dla porównania, w poprzednim sezonie w barwach SKS Fulimpex Starogard Gdański zdobywał średnio 12,6 punktu oraz 4,9 zbiórki. Jeszcze lepsze liczby notował w HydroTrucku Radom w sezonie 2022/2023, kiedy osiągał średnio 14,2 punktu i 8,5 zbiórki na mecz.
Bartosz Majewski, SKS Fulimpex Starogard Gdański, ostatni sezon w SMS 2015/2016
Rywalizacja o brązowy medal Bank Pekao S.A. 1 Ligi Mężczyzn trzymała w napięciu do ostatnich sekund. Po porażce w pierwszym meczu 94:102, SKS Fulimpex Starogard Gdański w rewanżu potrzebował odrobić osiem punktów straty. Ostatecznie Starogardzianie wygrali na wyjeździe z PGE Spójnią Stargard 79:78, jednak nie zdołali odrobić strat z pierwszego spotkania i tym samym przegrali dwumecz.
Bartosz Majewski rozegrał bardzo solidne spotkanie. Na parkiecie spędził 35 minut i 22 sekundy, notując 10 punktów, 4 zbiórki oraz 5 asyst. Rozgrywający był jednym z liderów zespołu w decydującym meczu sezonu.
Dla Bartosza Majewskiego był to jednak indywidualnie słabszy sezon niż poprzednie rozgrywki. W obecnym sezonie notował średnio 9,9 punktu, 2,8 asysty oraz 2,4 zbiórki na mecz. Rok wcześniej jego średnia wynosiła 13,8 punktu, a dwa sezony temu 9,8 punktu. Mimo spadku zdobyczy punktowej nadal pozostawał jednym z kluczowych zawodników SKS Fulimpex Starogard Gdański. W efekcie Starogardzianie zakończyli sezon na najgorszym dla sportowców, czwartym miejscu.
Paweł Kopycki, PGE Spójnia Stargard, ostatni sezon w SMS 2018/2019
PGE Spójnia Stargard była w dobrej sytuacji przed rewanżowym spotkaniem o trzecie miejsce. Choć Stargardzianie źle rozpoczęli pierwszy mecz w Starogardzie Gdańskim, to dzięki zdecydowanie lepszej drugiej połowie zdołali wygrać 102:94, wracając do domu z ośmiopunktową zaliczką, którą musieli obronić w rewanżu. W rewanżu PGE Spójnia Stargard przegrała co prawda 78:79, jednak udało jej się utrzymać przewagę z pierwszego spotkania, co pozwoliło zakończyć sezon na trzecim miejscu i sięgnąć po brązowy medal Bank Pekao S.A. 1 Ligi Mężczyzn.
Paweł Kopycki w rewanżowym spotkaniu spędził na parkiecie 6 minut i 18 sekund. W tym czasie nie zdobył punktów, notując 1 asystę oraz 1 przechwyt.
Dla skrzydłowego był to sezon z wyraźnie ograniczoną rolą w rotacji zespołu. Widać również negatywną tendencję w jego indywidualnych statystykach. Od trzech sezonów systematycznie spada zarówno jego średnia punktowa, jak i liczba minut spędzanych na parkiecie. W sezonie 2022/2023 notował średnio 4,8 punktu w 16 minut i 37 sekund, rok później 3,4 punktu w 13 minut i 52 sekundy, natomiast obecnie już tylko 1,3 punktu w 7 minut gry na mecz.
Foto: Andrzej Romański/PLK.pl
Opracował: Oskar Struk.
